Kolejno: pozycja, poprzednia pozycja, liczba tygodni, wykonawca i tytuł 01. 01. 06. Avalon Emerson & the Charm - Eden 02. 07. 04. Bedouine - Long Way to Fall 03. 02. 05. My New Band Believe - Love Story 04. 05. 07. Black Country, New Road - Strangers 05. 03. 05. Calypso Valois - L'Homme poisson 06. 08. 04. Kelsey Lu - Running to Pain 07. 10. 03. Suki Waterhouse - Back in Love 08. 04. 05. Modern Woman - Dashboard Mary 09. 09. 03. Julia Cumming - Please Let Me Remember This 10. 06. 09. Momoko Gill - Rewind/Remind 11. 11. 04. Fcukers - L.U.C.K.Y 12....
Obserwacja ewolucji Avalon Emerson skłania do przyznania racji porzekadłu, że muzyka z czasem łagodzi obyczaje, a w największym stopniu dotyka to samego twórcę. Amerykanka debiutowała ponad dekadę temu jako DJ-ka i producentka serii udanych EP-ek wypełnionych melodyjnymi odmianami techno i tech house'u. Na moje ucho były one angażujące na przyzwoitym poziomie, trzymające ciśnienie i dodające nieco awangardy do klasycznie aerobikowej formuły gatunków. Dym z wytwornic i małe piwnice utraciły jednak z czasem prymat na rzecz naturalnego oświetlenia i jasnych pejzaży jak u Moneta. Wiktoriańska okładka albumu „Written into Changes” doskonale zresztą oddaje to, o czym myślę. Emerson nadal utrzymuje się głównie z pracy DJ-ki, ale w ramach kontraktu fonograficznego z wytwórnią Dead Oceans realizuje dziś zupełnie inną misję. Oczywiście w przemyśle muzycznym i w dwa lata może powstać i zostać obalona cała cywilizacja, ale zapoczątkowany już na nagraniu "& the Charm" (2023) kie...
Rotacja „ Ö ” w moim wirtualnym odtwarzaczu to efekt kręcenia gatunkowymi filtrami Rate Your Music, które w okresach wydawniczej odwilży najskuteczniej prowadzą od premiery do premiery. Fcukers stanowią efekt tej zabawy i gdyby nie diabelska ciekawość, to do ich pełnowymiarowego debiutu dotarłbym raczej okrężną drogą. Kilka miesięcy w plecy i frajda z pisania o nim po prostu by wyparowała, bo to muzyka wybitnie aktualna pod każdym aspektem . Regularnie publikowane przez zespół w ostatnich trzech latach single (pięć z nich ostatecznie zasiliło krążek) całkowicie mi umknęły, dlatego cieszy, że w erze pełnej swobody dystrybucji muzyki kogoś jeszcze bawi bardziej zorganizowana forma jej prezentacji. Amerykański duet, dla którego z racji metryki mógłby to być już zrozumiały anachronizm, wypada na tym zabiegu więcej niż korzystnie. Pomysł jest tutaj naiwnie prosty, bo i hedonistyczny rave nie powinien komplikować życia. „ Ö ” jest w swoich założeniach tak czytelna...
Komentarze
Prześlij komentarz