Fcukers - Ö
Rotacja „Ö” w moim wirtualnym odtwarzaczu to efekt kręcenia gatunkowymi filtrami Rate Your Music, które w okresach wydawniczej odwilży najskuteczniej prowadzą od premiery do premiery. Fcukers stanowią efekt tej zabawy i gdyby nie diabelska ciekawość, to do ich pełnowymiarowego debiutu dotarłbym raczej okrężną drogą. Kilka miesięcy w plecy i frajda z pisania o nim po prostu by wyparowała, bo to muzyka wybitnie aktualna pod każdym aspektem. Regularnie publikowane przez zespół w ostatnich trzech latach single (pięć z nich ostatecznie zasiliło krążek) całkowicie mi umknęły, dlatego cieszy, że w erze pełnej swobody dystrybucji muzyki kogoś jeszcze bawi bardziej zorganizowana forma jej prezentacji. Amerykański duet, dla którego z racji metryki mógłby to być już zrozumiały anachronizm, wypada na tym zabiegu więcej niż korzystnie.
Pomysł jest tutaj naiwnie prosty, bo i hedonistyczny rave nie powinien komplikować życia. „Ö” jest w swoich założeniach tak czytelna, że nie przestaję się zastanawiać, dlaczego jej formuła w ogóle znajduje we mnie sprzymierzeńca. Zdecydowanie nie jest ona też rezerwuarem metali ziem rzadkich, a o te szlachetne jest jeszcze trudniej. Natomiast póki buja – a buja non-stop – nie daje przestrzeni na rozpamiętywanie braków. Nie ma tu miejsca na niuanse i testowanie cierpliwości słuchaczy od lat stopniowo przyzwyczajanych do maksimum przekazu w minimum formy. Dwuminutowe numery są precyzyjne i nie zostawiają niedopowiedzeń. Album mija błyskawicznie, zamykając się w niecałych trzydziestu minutach, lecz na tej domówce każdy zdąży jeszcze na swój skandowany lip-sync. House’owa baza jest nieustannie modelowana: skręca w stronę reggae („TTYGF”), 2-stepu („Butterflies”) czy breakstepu („Gateway”). Bezszwowy miks dodatkowo wzmacnia wrażenie ciągłego ruchu.
Jako – delikatnie to ujmując – umiarkowany zwolennik muzyki, nad którą unosi się zapaszek bubblegum, potrzebowałem chwili, żeby znaleźć dla „Ö” właściwy punkt odniesienia. Ostatecznie Fcukers ustawiają się symetrycznie wobec Confidence Man, którzy z równą swadą kilka lat temu rozłożyli swoje materiały wybuchowe, stawiając mocny stempel na współczesnej club culture płytą „3AM (La La La)”. Na „Ö” brak co prawda utworów kalibru „Sicko”, czyli landrynkowej hybrydy Alabama 3 i Nine Inch Nails z innej ligi doskonałości, jednak całokształt wrażeń przemawia bardziej za Fcukers. Z wstydliwej przyjemności doświadczania albumu nie wybija nawet irytujące i przy tym chyba najbardziej memowe „If You Wanna Party, Come Over to My House”. Za to na wytrwałych czeka na sam koniec orientalny lounge w postaci „Feel the Real” – rzecz w duchu podrasowanej Morcheeby z lat 90. W nieustannie poszerzającym źrenice i mocno zakwaszonym środowisku „Ö” jest to finał tyle rozkoszny, co z lekka dezorientujący.
Myślę o Fcukers kategoriami podobnymi do tych, które pojawiły się przy opisywanej na blogu jakiś czas temu twórczości Smerz. Naturalnie wiele dzieli ich wydawnictwa, jednak od czasu „Big City Life” żadna inna pozycja, którą oflagowałbym jako wpisującą się w szerokie spektrum podanego śmiertelnie wprost post-popu, nie przykuła w takim stopniu mojej uwagi. Fcukers oczywiście uwodzą zabawowością, ale ich niewinne muzyczne docinki to już przekaz dnia, a nie okazjonalna pikanteria. Każde zetknięcie z muzyką z założenia rozrywkową, która jest bardziej mechaniczna niż organiczna, brzydko-miejska, a przy tym dość egocentryczna i niekomunikatywna wedle moich standardów, stanowi dla mojego wewnętrznego konserwatysty energetyczne wyzwanie. Co mi jednak z tych pouczeń, skoro na koniec dnia spod ich litanii wyłania się kapitalna zabawa bez konsekwencji? „Ö”, tak jak „Big City Life”, choć na gruncie emocjonalnym może wydawać się apatyczna, wzbudza moje zaufanie. Idealnie obrazuje współczesną estetykę internetowej muzyki indie, gdzie fragmentaryczność, minimalizm i powtarzalność to naturalny wybór artystyczny – nie oznaka pogubienia.
Ninja Tune, 2026.
Komentarze
Prześlij komentarz