Momoko Gill - Momoko
Planety musiały tym razem zawirować mocniej niż zwykle, ponieważ miniony rok był dla mnie niczym 1999 dla miłośników kina science-fiction lub – kierując się ku bardziej odpowiednim dla tego bloga porównaniom – 1994 dla fanów britpopu. Zakończony sezon wycisnął siódme poty z artystów, na których nową muzykę czekam zwykle z trudną do ukrycia ciekawością, a może i ślepą ekscytacją. W konsekwencji pierwsze miesiące 2026 r. przynoszą względne rozprężenie, które wykorzystuję na bliższe przyjrzenie się wschodzącym trendom oraz rubieżom wciąż niedoinwestowanym uwagą słuchaczy. Debiut Momoko Gill skrada się niepostrzeżenie gdzieś z okolic przecięcia tych dwóch kategorii, chociaż dla bacznych obserwatorów new London jazz scene jego autorka nie powinna być anonimowa.
Traf chciał, że o tej premierze dowiedziałem się kilka dni po nadaniu ostatecznego kształtu podsumowaniu najlepszych wydawnictw zeszłego roku, którego podium domknęła płyta „Clay”. To znakomity art-house wymyślony i zagrany przez Matthew Herberta we współpracy z bohaterką wpisu – głosem krążka, ale przede wszystkim jego sekcją rytmiczną i duszą. Sekcją, ponieważ Gill specjalizuje się w grze na instrumentach perkusyjnych, a wokalistką została niejako wbrew własnym ambicjom. Duszą – bo to właśnie ona pogłębiła u Herberta fascynację buddyzmem, który spokojnie przenikał przez album. Podobna łagodność spowiła również jej solowy materiał, poddający się stylistycznej dominacji organicznego jazz popu oraz nu-jazzu z elementami trip hopu czy nawet neo-soulu. „Momoko” cechuje rozwaga, przedkładająca uważność ponad efektowność. Nie oznacza to bynajmniej, że nagranie przyjmuje postawę defensywną, nawet jeżeli z pozoru zamglone wokalizy tudzież stosunkowo częste pauzy i nieoczekiwane nadpisania wydają się chwilami zabijać jego przebojowość. W praktyce używanie repeat, shuffle czy hidden track mija się z celem i zwyczajnie szkodzi doświadczeniu.
Dyskretny mecenat Herberta, odpowiedzialnego za miks całości, ujawnia się tym wyraźniej, im głębiej udaje się zapuścić w strukturę produkcji. Kiedy atmosfera gęstnieje, tło płyty potrafi fascynująco zadrgać mikrodetalami – jak w pobrzmiewającym wczesnym Trickym utworze „Shadowboxing” czy złowrogo illbientowym, instrumentalnym „Test a Small Area”. To wyrazisty, a nawet szokujący kontrast wobec z wolna musującej natury krążka, którego spokojniejsze momenty należy z kolei pochwalić za wzorcowe uporządkowanie i przyjemną dla ucha transparentność. Nie są to oczywiście cechy obce muzyce jazzowej, lecz utwory pokroju „River” czy „Anyway I'm Drowning” pozwalają w kameralnej przestrzeni wyodrębnić każdy z budujących je instrumentów jako osobny punkt odniesienia i cieszyć ucho ich holografią. Kolejne minuty upływają więc wolniej niż sugerowałyby wskazówki zegarka.
Głęboki namysł nad tym, co i w jaki sposób album stara się zakomunikować, nie ogranicza się jedynie do warstwy muzycznej. Na przykład w wybijającym się rozmachem i formą „When Palestine Is Free” nawet odrobina radosnej improwizacji ustępuje ciężarowi samego przesłania. W innych miejscach narracja jest dużo bardziej abstrakcyjna, ale przy tym mocno socjologiczna. „Anyway I'm Drowning”, „No Others” czy odznaczające się najbardziej radiowym potencjałem „Rewind/Remind” to przykłady intensywnych opowieści o relacyjności ludzi i rzeczy względem siebie, o napięciach w komunikacji i o ich dynamice. Nie są to zatem szablonowe polemiki czy dygresje z miłością na ustach, które miałyby za zadanie harmonijnie stopić się z raczej optymistycznie brzmiącym repertuarem. Dla kogoś, kto lubi wnikliwie przeglądać książeczki z tekstami (wierzę, że nie każdy słucha już tylko cyfrowo) jest to wartość dodana.
Bez zbędnych badań pogłębionych i brodzenia w niuansach uznaję, że „Momoko” spełnia kryteria tzw. obiecującego debiutu. Zaprezentowane przez Gill autorskie podejście w nurcie analogowej szkoły zen zyskuje na przystępności dzięki stylowej produkcji. To z kolei sprawia, że album pozostaje w słyszalnym dialogu ze stworzonym wspólnie z Herbertem „Clay”, akcentując dobrze poznane mocne strony Brytyjki – wrażliwość na detal, naturalną zmysłowość czy odejście od oczywistej linearności kompozycji. Londyńska scena jazzowa od kilku lat sygnuje propozycje, które z zapałem miksują wpływy elektroniki i soulu, często sięgając ku inspiracjom wyrosłym na gruncie kultury afrykańskiej. Niech i będzie to wynikiem moich przeoczeń bądź dyletanctwa, lecz propozycja Gill wyróżnia się w tym kontekście jako bardziej klasyczna alternatywa. Doświadczam bowiem przy tej płycie czegoś na kształt spersonalizowanego renesansu wobec wyobrażonych oczekiwań względem współczesnego jazz popu.
Strut Records, 2026.
Komentarze
Prześlij komentarz