Avalon Emerson & the Charm - Written into Changes

Obserwacja ewolucji Avalon Emerson skłania do przyznania racji porzekadłu, że muzyka z czasem łagodzi obyczaje, a w największym stopniu dotyka to samego twórcę. Amerykanka debiutowała ponad dekadę temu jako DJ-ka i producentka serii udanych EP-ek wypełnionych melodyjnymi odmianami techno i tech house'u. Na moje ucho były one angażujące na przyzwoitym poziomie, trzymające ciśnienie i dodające nieco awangardy do klasycznie aerobikowej formuły gatunków. Dym z wytwornic i małe piwnice utraciły jednak z czasem prymat na rzecz naturalnego oświetlenia i jasnych pejzaży jak u Moneta. Wiktoriańska okładka albumu „Written into Changes” doskonale zresztą oddaje to, o czym myślę. Emerson nadal utrzymuje się głównie z pracy DJ-ki, ale w ramach kontraktu fonograficznego z wytwórnią Dead Oceans realizuje dziś zupełnie inną misję.

Oczywiście w przemyśle muzycznym i w dwa lata może powstać i zostać obalona cała cywilizacja, ale zapoczątkowany już na nagraniu "& the Charm" (2023) kierunek ma w sobie coś z podręcznika tzw. klinicznych przypadków. Wystarczy zestawić np. wybrany fragment mini-płyty „Narcissus in Retrogate” (2016) z premierowym utworem „Jupiter and Mars”, brzmiącym jak celebracja leniwego popołudnia spędzanego w towarzystwie kasety Cocteau Twins. Zastanawiam się wtedy, czy dziewczyna, która patrzy w gwiazdy, poszukując w nich układów równań dla swoich wyborów, byłaby w stanie funkcjonować w klubowym obiegu. Wątpliwości tylko się potęgują, bo oto napływają kolejne fragmenty rasowego indie popu  podążające za estetyką twee „Earth Alive” czy kompozycja tytułowa, które więcej wspólnego mają z repertuarem Hatchie czy Yumi Zouma niż z berlińską bohemą. Echa dawnych przyzwyczajeń występują sporadycznie, tak jak w najbardziej syntetycznym i zbudowanym w klubowej logice „God Damn (Finito)”, gdzie droga do wieńczącego kawałek apogeum prowadzi nie tylko przez karuzelę wokalnych sampli, ale nawet nieoczekiwane w takiej konwencji partie saksofonu.  

Biel, zieleń i błękit to kolory, które co do zasady dominują „Written into Changes”. Pilotujący całość singiel „Eden”, proroczy z tytułu w kontekście dalszych wrażeń, dobrze oddaje jego pogodny i melodyjny obraz. Od początku pobrzmiewa estetyką baggy oraz taneczną alternatywą, wpadając w ekscytujący funkowy ton. W pełni otwiera się przy tym dopiero w błyskającym syntezatorami refrenie, podnosząc aspirację singla do tytułu mojego osobistego przeboju roku. Podobnym do „Eden” punktem wyznaczającym szczyty przebojowości dla drugiej części płyty jest wyrażający dyskomfort introwertyka „Country Mouse”. Pomimo okrojenia z ewidentnego refrenu, jego niemal nowofalowe wołanie i rytmiczny rygor nadają przyjemnej nerwowości, a wywołanymi okazują są prawdopodobnie Vampire Weekend i The War On Drugs.

Uroda albumu tkwi w jego pastelowej i romantycznej naturze, chociaż stworzony z udziałem specjalizującego się w offowym spojrzeniu na pop producenta Bulliona trzyma się cyfrowej strony mocy  wszak Emerson w przeszłości zajmowała się tworzeniem stron www. „Written into Changes” to wciąż rzecz na wskroś elektroniczna, osadzająca piosenki przede wszystkim na synthpopowym gruncie. Niezależnie od plemiennej przynależności, Amerykanka potrafi jednak nadać im wiosennej sprężystości i czegoś, co mógłbym określić po prostu jako wdzięk, chociaż wrażenia te mogą minimalnie gasnąć w konfrontacji z dużo bardziej refleksyjną narracją towarzyszącą muzyce. Ta dla źródeł niepokoju szuka scenerii w naturze  procesach formujących przyrodę, zmieniających się porach roku czy życiu pulsującym poza marginesem męczącej aury metropolii. Niewiele tu metafor i introspektywnych zagadek, za to dużo obnażających proste uczucia refleksji wpisanych w ponadprzeciętnie obrazowo przedstawiony świat. 

Nietrudno usłyszeć, że „Written into Changes” łapie w stopklatkach jedynie fragmenty dużo bardziej gwałtownej rzeczywistości i jest z tym faktem perfekcyjnie pogodzona. Odnoszę też wrażenie fascynacji i wdzięczności, że Ziemia wciąż kręci się dookoła nas. Ale uwaga, niech nikt nie odbiera tych linijek zbyt dramatycznie  to nie jest żaden ekologizm, a jedynie punkt perspektywy. Jak sama artystka powiedziała w jednym z wywiadów, większość z napisanych nagrań powstała  co chyba całkiem znamienne dla dzisiejszych czasów – w jej nowojorskiej sypialni, lecz ideą było nadać im wielkiego charakteru. „Written into Changes” pokazuje rozmach i detal produkcyjny, lecz to wciąż zestaw intuicyjnie przebojowych, dobrych do układania jakościowych playlist piosenek. Cóż, chyba o to chodzi w tym całym alt-popie, żeby nie być ani zbyt dosłownym, ani zbyt odklejonym od oczekiwań.  


Dead Oceans, 2026.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Mogilska 121/40 - Notowanie 221 (30.01.2026)

Stereolab - Instant Holograms on Metal Film

Fcukers - Ö